Generalnie to w sumie zapewne o tym no, sporcie.
wtorek, 07 października 2008

 

Obejrzałem własnie powtórke wczorajszego "Tomasz Lis na żywo" i oprócz wniosków oczywistych jak buractwo Tomaszewskiego, hipokryzja Kurskiego i głupawa fryzura Steca nasunęło mi się na myśl, że Drzewieckiemu to jednak trzeba współczuć. Chłop dostał się między młot, kowadło, imadło i jeszcze kilka innych ciężkich narzędzi.

Z jednej strony rząd, który chciał pomachać szabelką, z drugiej FIFA i UEFA, z trzeciej kibice i opinia publiczna, z czwartej to wszystko co było do stracenia, z EURO 2012 na czele. Rząd musiał ustąpić. Wcale nie chodziło o mecze z Czechami i Słowacją. Wcale nie chodziło o Lecha. Chodziło o Euro2012. Jeszcze kilka buńczucznych wypowiedzi, które obrazowo można ująć jako "FIFA może nam skoczyć" i za kilka tygodni zapewne UEFA by nam naprawdę skoczyła. Skoczyła znaleźć uchybienia w przygotowaniach do turnieju. Gdyby pozbawiono nas turnieju to PO nawet wykonująć publiczne nadzianie na pal wszystkich leśnych dziadków z PZPNu nie zrekompensowałoby takiej straty. 

A tak prawdę mówiąc nie było za bardzo o co wojować. Kurator wbrew pozorom też wiele zrobić nie mógł. Mógł zawiesić, doprowadzić do nowych wyborów, które przy obecnych systemie i tak wygra Kręcina. Aby tak się nie stało należałoby nacisnąć ale na związki okręgowe. A tego nie uczyniono wcześniej, więć widocznie za bardzo nie są chętne na przyjmowanie nacisków.Wyobraźmy sobie sytuację, że kurator zostaje, odbieraja nam Euro (lub tylko przyznają walkowery w eliminacjach i eliminują Lecha), a prezesem zostaje Kręcina. Tu nie chodzi o fałszowanie wyników wyborów jak na Białorusi. Tu chodzi o to, że wyborcy nie chcą zmian, więc i tak wybiorą marionetkę. 

Inna sprawa to hipokryzja Kurskiego, który nie dośc że zbłaźnił sie wypowiadając się na temat akcji Drzewieckiego w momencie, kiedy obecne zagranie było przy działaniu PiSowskiego rządu jedynie gafą, to jeszcze wszystko próbował sprowadzać do polityki i zbijac kapitał na każdym kroku podkreślając jakie to PO jest nieudolne. Drzewiecki o polityce wspomniał tylko w aspekcie zbłaźnienia się PiSu w walce z PZPNem i to kilkoma zdaniami w momencie, kiedy został przyparty do muru. Kurski politykę mieszał non stop, aż dziwne że nie wspomniał o Ćwiąkalskim czy cudach Tuska.

Tomaszewski po raz kolejny się ośmieszył, a Koźmiński pokazał, że swoją osoba reprezentuje idealnie PZPN - zarozumiały człowiek, który nic wcześniej nie osiągnął. Brakowało tylko uśmieszku i zdania "I tak nam kurwa nic nie zrobicie". Może jestem naiwny, ale wierze, że w końcu zrobią. 

18:12, jamtosprawil , Se myśle
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 września 2008

Przypomniałem sobie, że FT jeszcze istnieje, więc coś napisze. Nie obiecuję, że będzie logicznie i składnie, bo zbieranie myśli i układanie ich w jedno ostatnio przychodzi mi dość ciężko (trendy byłoby powiedzieć, że jestem przemęczony), ale postaram się.

 Mecz ze Słowenią oglądałem jednym okiem i... jedną połowę. Syndrom dnia piątkowego (a w zasadzie nocy) nie pozwolił mi na uważne śledzenie poczynań kadry Beenhakkera. Co więcej - przy każdej próbie skupienia się na kopaniu piłki we Wrocławiu na myśl przychodziła mi tylko "rozmowa z wielkim uchem" (dla zachowania jakichkolwiek pozorów przyzwoitości nie będę rozwijał tej "przenośni", być może ktoś sam się domyśli...), i w zasadzie to nie wiedziałem czy bardziej przez styl prezentowany na boisku, "oprawę" meczową, czy przez wspomniane już piątkowe manewry. Zbyt często nie wypowiadam się na temat stylu, którego nie widziałem, ale tu nie o styl chodzi. Chodzi o wynik. 1-1 ze Słowenią, tym bardziej w takiej sytuacji jaka wytworzyła się wokół kadry jest modelowym przykładem strzału we własną piętę. Znamienne, dziwne i jednocześnie przerażające jest to, że za spust przy owym strzale pociągnęli wszyscy - od Beenhakkera, poprzez piłkarzy, aż na organizatorach i kibicach skończywszy.

 Leo zatracił chyba magię. Piszę "chyba", po bo reaktywacji na linii "mecz z Kazachstanem - mecz z Portugalią" zawsze pozostawię sobie ułamek nadziei, że historia się powtórzy. Tyle tylko, że od tamtego spotkania wydarzyło się bardzo wiele, wśród którego "dobre" stanowiło niewielki procent (a może nawet wielki, ale przytłoczony w konsekwencji "złym"). Leo pozbawił się Wichniarka i Jelenia w momencie kiedy napastników w Polsce po prostu nie ma. Leo wystawił na szpicy Piszczka, który na tej pozycji nie gra w ogóle. Leo chcąc wzmocnić ofensywę wpuszcza Bandrowskiego, o którym można powiedzieć wiele ale nie to, że ma ciąg na bramkę (chyba, że swoją). Pamiętam jak Franz Smuda mówił o Tomku, że to zawodnik bezcenny w destrukcji, dzięki któremu drużyna odzyskuje mnóstwo piłek, co w konsekwencji pozwala na bezpieczniejszą grę z tyłu i większy spokój zawodników odpowiedzialnych za kreację. Rozumiem, że Leo może być większym fachowcem niż Franz, ale czy aż takim, żeby odkryć w piłkarzu w ciągu 3 dni zgrupowania coś, czego klubowy trener nie widzi od ponad roku? Wreszcie - Leo zaczynają puszczać nerwy. Coraz więcej ludzi, których "kupił" meczem z Portugalią, reklamą w której mówi o tym, że w Polsce jest tyle samo talentów co w innych miejscach świata, teraz zaczyna zadawać trudne pytania. A on brnie, i to wydaje się że coraz częściej na oślep i za nerwowo. Niekonsekwencja to nie jest najlepszy fundament do budowania swojego wizerunku, bo jakże słusznym jest argument coraz częściej przytaczany - nie jesteśmy narodem zacofanym, któremu można wszystko wmówić. Mecz z San Marino będzie można porównać do sytuacji piłkarza, który po 2 niewykorzystanych przez siebie karnych w meczu podchodzi do trzeciego - musi strzelić, a nawet to nie zmieni ogólnej oceny jego występu. W zasadzie można tylko stracić... Prawdziwa matura (kolejna?) dla Leo będzie miała miejsce w meczach za naszą południową granicą. Jeżeli ją zda - wszystko wróci do normy. Jeżeli nie - czas chyba będzie się pakować...

 Inna sprawa to organizatorzy. Stadion we Wrocławiu to oficjalnie najgłupszy pomysł na rozgrywanie meczów reprezentacji. Nie dość, że w obawie o awarię oświetlenia trzeba grać prawie w południe, to jeszcze kibice dostosujący się do pikniku, jedynie sporadycznie dopingiem próbujący poderwać kadrę. Panie Listkiewicz - za przeproszeniem - czy trzeba być Nostradamusem, żeby to przewidzieć? Taka atmosfera jest fajna na meczu Reprezentacji, ale Artystów Polskich z Gwiazdami TVNu.

 Jedni piją, inni się obrażają, trener wygląda jakby zaczynał mu się palić grunt pod nogami, a nad tym wszystkim czuwa banda z piłkarskiej centrali na czele z gościem, który już 2 lata jest na wypowiedzeniu. Czyli... będzie dobrze. U nas zawsze im gorzej tym lepiej... ;)

19:28, jamtosprawil , Polskie Nogi
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 lipca 2008

Gdybym napisał, że członków PZPN trzeba rozgonić jak najszybciej i jak najdalej od siebie to uderzyłbym w pusty frazes, który jest tak często powtarzany, że już chyba nie wywołuje w nikim większych emocji. Trzeba rozgonić i tyle.

Owszem, trzeba zmienić ludzi. Chociażby dlatego, że żaden z obecnie zasiadających we władzach PZPNu ludzi nie jest w stanie wzbudzić zaufania. Zapewne takie generalizowanie jest nieco szkodliwe, bo bez względu na to jakie masz intencje i co robisz - dzisiaj chcąc kogoś do siebie zrazić mówisz mu, że masz posadę w PZPN. Kiedyś się mówiło, że należysz do partii, dziś że jesteś członkiem PZPN.

Ale czy sama zmiana ludzi pomoże? Nie. Trzeba zmienić cały system. Trzeba kogoś mądrego (czytaj - kogoś kto "wie jak to się robi gdzie indziej") i przenieść na nasze podwórko wzorzec żywcem ściągnięty z jakiegoś innego kraju. Bo bałagan w polskiej piłce to nie tylko wina niekompetencji ludzi. To przede wszystkim wina braku jasnego podziału kompetencji poszczególnych "ciał", "organów" i "zarządów".

W czasach mistrzostw za "wungiel", czy gwiazd wciąganych do koszarów tylko po to, żeby objawić się pełnym blaskiem na Legii, obecny system był idealny. Co się nie dało załatwić wprost, załatwiało się z boku. Ciszej, inaczej, ważne że skutecznie. Dzisiaj do piłki wchodzą coraz większe pieniądze. I to pieniądze prywatne. "Wungiel" zastąpiły banki i browary. Ludzie, którzy chca zarobić (a przynajmniej nie stracić) na piłce będą walczyć o swoje do końca. A że system piłkarski nie nadąża za rozwojem państwa (głównie kultury prawno-gospodarczej), to powstają takie kwiatki jakie próbuje dzisiaj PZPN przyczepić do jakiegokolwiek korzucha.

PZPN ma tyle komisji, że chyba sam nie jest w stanie ich ogarnąć. Pewnie teraz napisze coś co będzie świadczyć o moim niedoinformowaniu, ale co tam. Otóż niezwykle pięknie, groźnie i ambitnie nazwana Komisja ds. Nagłych objawiła mi się pierwszy raz przy sprawie Bytomia. Autentycznie nie miałem pojęcia, że coś takiego istnieje. Oczywiście to, że ja o niej nie wiedziałem o niczym nie świdczy. Tylko teraz - czy ktoś potrafi powiedzieć w jakich stosunkach i jaki wpływ na siebie mają poszczególne "organy"? Kto może komu co powiedzieć, przed kim odpowiadać, tłumaczyć się, a komu nakazać czy kontrolować? Wątpie.

Trybunał Arbitrażowy to najwyższy sąd sportowy w Polsce. Jego działaność jest naturalną konsekwencją faktu, że dzisiaj sport to już nie zabawa. To duże pieniądze, które nie moga stać się narzędziem gierek na prywatnym folwarku jakiegoś związku odpowiadającego za daną dyscyplinę. Dzisiaj sport trzeba kontrolować nie tylko pod względem przestrzegania reguł gry w danej dyscyplinie, ale - może nawet przede wszystkim - przestrzegania prawa. Inaczej zamiast na boisku, częściej rywalizacja będzie się toczyć na salach sądowych. Tak jak teraz. Bez jasnych reguł zawsze ktoś będzie chciał wykorzystac lukę.

A czy można mieć do kogoś pretensje, że dba o swoje, o swój biznes? Czy nikt z nas nigdy nie naginał zasad do granic wytrzymałości, czasem nawet balansując po obu stronach "sprawiedliwości" po to żeby coś zyskać albo nie stracić?

16:33, jamtosprawil , Se myśle
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 lipca 2008

 

Po wczorajszej decyzji Trybunału Arbitrażowego przy PKOl środowisko piłkarskie podzieliło się na kilka frakcji. Jedna czepia się Widzewa i wyzywa go od sprzedawczyków, kombinatorów i ludzi bez honoru, druga czepia się PKOl nazywając TA ciałem, które nie chce walczyć z korupcją, jeszcze inna lamentuje nad bałaganem w polskiej piłce, a część wyraża ogólną niechęć do wszystkiego co związane z naszą ligową kopaną.

I teraz tak - kogo za co winić? Czy Widzew jest winny całej sytuacji? Nie jest. Owszem, grzechy na sumieniu ma. Biorąc pod uwagę zachowanie władz klubu (wnioskowanie o ukaranie klubu potężną kara finansową i ujemnymi punktami) mają świadomość błędów przeszłości, nawet jeżeli to nie były ich błędy. Jednak PZPN w swojej "zaciekłości" chciał wszystkich degradować. Niestety było to jedyne działanie piłkarskiej centrali od... kilkunastu lat, które wzbudzało powszechną aprobatę. Niestety, ponieważ skompromitowany na każdym polu PZPN chciał jak najwięcej "publicznej sympatii" zbić na tym procederze. Doszło do tego, że... zaczęli działać niezgodnie z polskim prawem. Bo wg prawa nie można karac za czyny, które się przedawniły. Władze Widzewa wspominały o tym nie raz i nie dwa. Jednak Wydział Dyscypliny pod przewodnictwem żywiącego szczerą nienawiść do Widzewa mecenasa Tomczaka nie chciał tego słuchać. Ukrał Widzew degradacją, co pociągnłęło za sobą odwołanie do TA. A tam prawnicy, którzy widocznie lepiej znają sie na swojej robocie niż pan Tomczak przynali rację klubowi.

Ktoś powie - Widzew nie poniósł praktycznie żadnej kary. Owszem, ale to głównie zasługa PZPN. Bo gdyby WD zgodził się na proponowaną przez klub karę (lub nawet ją zwiększył, jednak nie stosując degradacji), jestem przekonany, że Cacek i spółka nie szukaliby sprawiedliwości w wyższej instancji, tylko przyjełiby na siebie grzechy poprzednika Szymańskiego. Jednak skoro PZPN arogancko odrzucał wszelką możliwość dialogu - klubowi nie zostało nic innego.

Dalej - PZPN działał niezgodnie z prawem, jeżeli karał za czyny przedawnione. TA swoją decyzją - paradoksalnie - uratował piłkarską centralę przed katastrofą. Bo można sobie tylko wyobrazić co by się działo, gdyby za kilka lat kluby złożyły lawinowo pozwy o odszkodowania od PZPNu. Nawet torby by nie zostały, żeby z nimi kogoś puścić.

Boniek kilka miesięcy temu proponował aby karać za czyny korupcyjne tylko do 2 lat wstecz. Miał świadomość, wiedział, że inne działanie jest niezgodne z prawem. Jednak wtedy PZPN zaślepiony swoim genialnym pomysłem o powszechnych degradacjach nawet nie chciał tego słuchac. O tym, że ten nieskazitelny rycerz w wojnie z korupcja nie chciał przyjąć uchwały zakazującej zasiadanie we władzach PZPNu ludziom powiązanym z procederem korupcyjnym nie ma nawet sensu komentować, bo to mówi samo przez się. Poza tym - jeżeli za kilkanaście mięsięcy chciano wprowadzić "grubą kreskę", od momentu której nie będzie degradacji, to dlaczego zdegradowane miały zostac tylko kluby, wobec których postępowanie potoczyło się szybciej? Gdzie tu sprawiedliwość?

Sama decyzja TA chociaż kontrowersyjna, pokazuje jak bardzo skostniałą i niezdolną do jakiejkolwiek "pozytywnej" działaności organizacją jest PZPN. Owo orzeczenie podważyło jedyne działanie PZPNu, które budziło społeczną akceptację. Czy winny jest TA? Nie. Czy winne są kluby chcące się uratować (zgodnie z prawem)? Nie. Winny całemu zamieszaniu jest PZPN, bo gdyby od początku działano z literą prawa (prawie każdy klub wnosił o ukaranie się sporą kara finansową i ujemnymi punktami - które w praktyce dla wielu i tak oznaczały degradację) to dzisiaj na kilka dni przed stratem ligi nie byłoby takiego zamieszania. Nie byłoby odwołań, targów po sądach i ogólnonarodowego oburzenia połączonego z wysoce rozwiniętym zniesmaczeniem.

A wystarczyło tylko poczytać i zrozumieć kilka przepisów... 

15:04, jamtosprawil , Polskie Nogi
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 14 lipca 2008

14 lipca 1789 roku zdobyto Bastylię, co dało najpierw poczatek rewolucji francuskiej, a później powód do dnia wolnego i świetowania dla milionów milośników żab, Platiniego i Zidane'a. Co ten dzień ma wspólnego z oscypkami? Już wyjaśniam.

182 lata później, w mieście Rotherham przyszedł na świat pan, o którym mozna powiedzieć, że "jeszcze nigdy jeden nie zrobił tak szybko tyle złego dla narodu polskiego". Najczarniejsze persony związane z nasza historią pewnie miały większe "zasługi", jednak ciężko byłoby znaleźć osobę, która w ciagu ułamka sekundy strącił polskiego narodowego ducha ze szczytu optymizmu w otchłań pesymizmu, poczucia krzywdy owitego w najbardziej wyszukane wulgaryzmy.

Jednym dmuchnięciem załatwił sobie życie bez spróbowania oryginalnego polskiego oscypka, oryginalnego polskiego Zakopanego, oryginalnego polskiego Bałtyku czy Mazur. Wawelu raczej też nie zwiedzi, no chyba, że ogoli głowe na łyso.

A nie, już za późno.

Wszystkiego najlepszego i 100 lat życia Howardzie Webbie! 

11:01, jamtosprawil , Taka akcja
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 lipca 2008

Jak już wiadomo Polonia Bytom dostała licencję na gre w Ekstraklasie. A ponieważ jest to Ekstraklasa z krwi i kości, to można w niej występowac... nie mając gdzie. Podobnie bezdomny jest Piast Gliwice, dlatego wszystkich pod dach przygarnie w imię niedawno rozgrzanej do czerwoności miłości wewnątrzśląskiej Odra Wodzisław. 3 drużyny będą grały na jednym obiekcie. Dodajmy, że obiekcie, o którym jeden z ligowców (tych, dla którego największym stadionem widzianym w życiu nie był stadion X-lecia, a największą publiką kibice Lecha w liczbie 15 tysięcy) powiedział, że boi się tam grać bo ten stadion ma bardzo dziwną atmosferę powstałą z wymieszania braku kibiców, olewczego stosunku tej garstki, która jednak się pojawia i zaściankowości samego miasteczka (cytat oczywiście nie jest dosłowny, ale sens zachowany ;) ). W związku z tym, że PZPN nie widzi problemu, aby taki proceder się odbywał w najwyższej klasie rozgrywkowej, mam pomysł.

Otóż - po co budować w Polsce kilka stadionów średniej wielkości? Wybudujmy jeden na 100 000 miejsc. Na nim będzie co tydzień rozgrywać się kolejka ligowa. 8 spotkań, czyli ponad 13 godzin (licząc 15 minut przerwy w każdym). Przerw między meczami nie trzeba byłoby robić, bo drużyny rozgrzewki prowadziłyby na bocznej płycie, a kibice zmieściliby się na trybunach spokojnie (biorąc pod uwagę, że na kolejce Orange Ekstraklasy 100 000 ludzi to nie było chyba nigdy), dlatego ich "wymiana" też nie byłaby konieczna. Od 8 rano do 22 czy 23. Ostatnie mecze (te najciekawiej zapowiadające się spośród całej kolejki) przy jupiterach, zeby był klimacik. Wszyscy zyskują. C+ się cieszy bo wystarczy jedna ekipa do obsługi, widzowie się cieszą bo mogą całą sobotę spędzić z polską ligą (masochości cieszą się podwójnie z tego powodu), kibice cały dzień będą mogli bluzgać po kolei każdego ligowego przeciwnika, Polonia Bytom i jej podobne się cieszą, bo nie będą musiały robić "daszków", "wiat" czy jak to nazwać nad 304 krzesełkami, a pod którymi nikt nie chce siedzieć bo one prędzej spadną na głowę niż ochronią przed deszczem. Wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie i wreszcie bez wstydu będzie można pokazać polską ligę na zachodzie (znaczy nie grę tylko stadion). Już widzę zazdrosnych Niemców: "A w tej Polsce każdy mecz ligowy na pięknym stutysięczniku wypełnionym prawie w 3/4!".

21:26, jamtosprawil , Taka akcja
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 lipca 2008

W czasach, kiedy nie było skuterów, motocykli, samochodów, naszej-klasy i fotki.pl, czyli baaaaaaaaaaaaardzo dawno temu, w królestwie Ornitogród działała pewna organizacja. Skupiała ona ludzi, którzy potrafią używać łokci do innych celów, niż tylko te które przewidział Bóg podczas konstrukcji ludzkiego ciała. Zwała się Zjednoczenie Łokciowników Ornitogrodzkich, w skrócie ZŁO. Była swoistym państwem w państwie, bo chociaż formalnie rzecz biorąc podlegała królowi i ogólnym zasadom obowiązującym w królewstwie, to jednak miała też swój zbiór reguł. Co więcej - była częścią większej organizacji łokciowników, obejmującej nie jedno, a wiele królestw. I ta "nadorganizacja", jako że sama nie chciała się za bardzo podporządkowywać ogólnym normom, zakazywała jakiegokolwiek wpływu ze strony dworu królewskiego. Było to swoiste zamkniete koło, i to koło toksyczne. Nadorganizacja groziła, ze wykluczy ZŁO ze swych szeregów za każdym razem, kiedy król i jego ludzie próbowali dobrać się do bałaganu panującego w ZŁO. A ów bałagan był niesamowity. Szczegółów nie ma sensu przytaczać, bo zajełoby to zbyt dużo czasu. Jednak mówiąc o paradoksalno-zaskakująco-przykrych rzeczach związanych ze ZŁO, nie sposób pominąć jej szefa. A właściwie Szefa, gdyż drugiego takiego ze świecą szukać. Otóż ten Szef był jedynym Szefem świata, którego okres wypowiedzenia trwa 2 lata. Co prawda ZŁO prawu pracy królestwa też się nie podporządkowywało, jednak trzeba przyznać, że tak długi okres wypowiedzenia (choć oczywiście to nie było wypowiedzenie sensu stricte) to swoisty rekord świata. Ale jako, że na pewno niejedyny jaki ustanowiło ZŁO, więc nie ma co się rozwodzić.

Łokciowianka w Ornitogrodzie była bardzo popularna. Zaraz po "Hulankach ze sławnymi wierzchowcami" była najbardziej rozpowszechnioną rozrywką. Interesowała masę ludzi, sponsorzy mogli zarobić, jednak głównie na drużynie reprezentującej królestwo, bo wewnątrzkrajowe rozgrywki były co najwyżej bardzo przeciętne. Wspomniana Nadorganizacja groziła za każdym razem, że nie pozwoli drużynie królewskiej brać udziału w pojedynkach na ubitej ziemi z drużynami innych królestw. To działało jak elektrowstrząs, bo nikt nie ryzykował społecznego oburzenia jakie nastałoby w momencie spełnienia tej groźby. I ZŁO mogło żyć swoim życiem. A że większość osób zasiadających we władzach pamiętało jeszcze okres przedpaństwowy zwany popularnie PRL (Przedpaństwowe Rozmieszczenie Ludności), to i ich mentalnośc była dość chaotyczna. Krytyki i kompromitacji się nie bali, bo na tym polu osiągnęli już najwyższy stopień wtajemniczenia. Więc kisili się w swoim sosie.

Poddani królestwa zgodnie utożsamiali wszelkie zło w ZŁO z osobą Szefa. Ten pewnego pieknego poranka stwierdził, że odchodzi. Tylko nie powiedział kiedy. I tak przez ponad 700 kolejnych poranków odchodził. W roku bliźniaczym 4 (liczonym od daty objęcia tronu przez dwóch braci) miała nastąpić wreszcie oczekiwana rezygnacja. Było to o tyle łatwe, że królewscy nadworni czarodzieje i tak przewidywali koniec świata. Kiedy jednak okazało się, że ten koniec świata nie jest wcale tak pewny, Szef stwierdził, że może jednak zostanie. Ale pojawił się problem. Żeby zostać musieli go wybrać posłowie z regionalnych oddziałów ZŁO, rozsianych po całym kraju. A ci mając na uwadze opinie poddanych woleli usunąć w cień Szefa, niż samych siebie. I w tym momencie na scenę wszedł cały geniusz Szefa.

Jedna z prowincji, znana przede wszystkim z tego, że we wspomnianych czasach przedpaństwowych dostarczała opału dla całego Ornitogrodu, a obecnie przynosi wielkie straty, miała kilka drużyn łokciowników. Jedna z nich była biedna, niezorganizowana, ze słabo ubitą ziemią i jedynie niewielkim strumykiem, w którym myto konie po pojedynkach. Oficjalnie ZŁO nie mogło im pozwolić mierzyć się z innymi ekipami łokciowników na najwyższym poziomie. Wszak patrza na to inne królestwa! Owszem, Ainolop (bo tak się nazywali) mogą się mierzyć na mniej ubitych ziemiach ze słabszymi ekipami. Ale nie z najlepszymi! Oj jak to zezłościło władze Ainolopu! A przy okazji wszystkich działaczy ze wspomnianej "opałowej" dzielnicy! Wszak zamiast przeciwnika słabego, łatwego d opokonania a przede wszystkim - mającego siedzibę zaraz obok, chciano dać rywala z drugiego końca królestwa, z potężnym sponsorem o szarlatańskich skłonnościach tworzenia jakichś "komputrów", ekipę z potencjałem i bardzo groźną. No i jechać do nich trzeba było przez 4 dni. Przdstawiciele dzielnicy opałowej się nie zgodzą! Wszyscy (razem z hrabiami z Ainolopu) udali się do księcia dzielnicy - Piecha. Ów Piech był znany z tego, że w zamieszchłych czasach PRL był dowódcą drużyny królewskiej, z która pobił prawie wszystkie ekipy królewskie świata. Dziś dla upamiętnienia tego, że pochodzi z dzielnicy opałowej pokazuje sie wszędzie w towarzystwie kominka. Poza tym ma duże wtyki w ZŁO, więc mógł pomóc. Po odbyciu narady wojennej przy kominku, wysłano gońca do Szefa z wiadomością, że jeżeli chce dalej być Szefem, musi przywrócić Ainolop do najbardziej ubitej ziemi. Inaczej oni - przedstawiciele dzielnicy opałowej nie zagłosują na niego w wyborach. Szef najpierw sie przestraszył, a później ucieszył - wystarczyło przecież tylko pokombinować, żeby rada mędrców w ZŁO pozwoliłą jednak Ainolopowi mierzyć się z innymi najlepszymi, a w zamian miał prawie pewne stanowisko do końca życia, bo delegaci z dzielnicy opałowej byli niezwykle silną grupą.

I tak się stało, Ainolop będzie mierzył się na najbardziej ubitej ziemi, mimo, że sam ma mniej ubitą i będzie musiał korzystać z innej ubitej ziemi położonej w dzielnicy opałowej. Nadal nie ma pieniedzy, a i strumyk się nie powiększył. Szef pozostanie Szefem na wieki wieków i wszyscy sa szczęśliwi. No może poza tymi, którzy spełniali wymagania aby mierzyć się z najlepszymi, jednak nie spełniali innych wymagań - nie mieli kolegów z mocnej dzielnicy. Bo jak wiadomo, Ornitogród mimo, że zorganizowany, to dalej działający na zasadach PRL...

12:48, jamtosprawil , Polskie Nogi
Link Komentarze (1) »
wtorek, 01 lipca 2008

Pamiętam, że kiedy byłem mały (a podobno kiedyś byłem) podczas rodzinnych wypraw na basen (czy też pływalnię, jak zwał tak zwał) mama zawsze powtarzała mi, aby nie wskakiwac gwałtownie do wody. Szok termiczny, te sprawy. Gwałtowne przejście z jednego środowiska do drugiego może przynieść tylko złe efekty. Podobnie rzecz ma się z życiem po Euro. Bo wbrew pozorom - po mistrzostwach świata czy Europy życie istnieje. Trzeba tylko pamiętać, aby obrać właściwą ścieżkę powrotu do codzienności.

Proponuję zacząć od zachodu. W Hiszpanii nadal się cieszą. A że oprócz gry w piłkę radość wychodzi im chyba najlepiej, to i oglądanie tej radości może sprawiać dużą frajdę. Tu Pepe Reina przedstawia całą drużynę (co jest fragmentem całej fiesty na Plaza de Colon w Madrycie, którą można obejrzeć w 4 częściach: pierwsza, druga, trzecia, czwarta. Pepe Reina był ogółnie wodzirejem. Jego kolejny występ ;) To nic, że wszyscy byli w lekkiej glorii alkoholowej, to nic, że Casillas i Puyol na ostatnim filmie nawet nie wstają z podwyższenia na scenie, tylko sobie uzupełniają "płyny" w szklankach. To nic, że Pepe Reina jest wyraźnie rozmiękczony. Zasłużyli, a bawić się potrafią. Jak prawdziwi mistrzowie.

Na podobnym południku rozgrywa się inna... rozgrywka. Między Manchesterem, Madrytem i Porto (a właściwie Lizboną). Cristiano Ronaldo wyląduje w Realu? A jeżeli tak to za równowartość całej naszej ligi czy nieco więcej? Alex Ferguson zagotuje się we własnej frustracji? Ściągnie kogoś innego na miejsce "niewdzięcznego" Portugalczyka czy wyśle go na trybuny? A może sam Ronaldo znów zagotuje się we własnej miłości do Czerwonych Diabłów i wyprze się wszystkich deklaracji z ostatnich tygodni?

Również w Hiszpanii odbywa się przebudowa drużyny, która miała być wielka przez dekadę. Barcelona właśnie pozbyła się Deco, na wylocie są Eto'o i Ronaldinho (a właściwie... Gordinho, o tym być może w którejś następnej notce), czyli symbole wielkiej Barcy z 2006 roku, która z dubletem liga + Europa miała stworzyć nową erę pięknej piłki. W zamian kupiono 5 defensywnych piłkarzy (3 środkowych obrońców, prawego obrońcę i defensywnego pomocnika). Wymiana póki co niespotykana jak na "symbol ofensywnej piłki" rodem z Katalonii. Do tego nowy trener, którego największym sukcesem szkoleniowym jest... wprowadzenie rezerw Barcelony do III ligi (co wcale nie przyszło łatwo drużynie mającej w swoim składzie chociażby reprezentanta Izraela). Co wyjdzie z tej mieszanki? Jedno jest pewne - raczej nie będzie tak nudno jak w roku ubiegłym. Cules marzą, aby nudy nie zastąpiła tęsknota... za tą nudą gwarantującą 3 miejsce w lidze.

Skoro byliśmy już chwilę w Anglii to do niej wróćmy. Tu na scenie dzieje się również sporo, bo oprócz aktorów z Manchesteru, w niebieskim narożniku rozgrzewa się pretendent - pobita na punkty w dwóch ostatnich walkach przez ManU ekipa z Londynu nie poddaje się, a petroruble sciągnęły specjalistę od reprezentacji - Scolariego. Ten zarzucił sieci na Robinho. Rodak Scolariego po ewentualnym przyjściu do Madrytu Ronaldo musiałby toczyć ostrą walkę z Robbenem o miejsce w wyjściowym składzie, bo pozycja Portugalczyka byłaby raczej niepodważalna. Jednak na ile jest to prawdziwa informacja a na ile podchody agenta Robinho, który chce wywalczyć dla swojego klienta wyzszy kontrakt (Robinho wbrew pozorom zarabia dośc mało jak na madryckie warunki, a przede wszystkim w porównaniu do kolegów z zespołu)? Cena podawana przez media (35 mln) dość surrealistyczna, jednak fakt, że oferentem byłby Abramowicz może pozbawić "surrealizmu" przedrostka "sur". Zostawiając sprawe Robinho, należy postawić najważniejsze chyba pytanie odnośnie "nowej" Cheslea - czy zaprawiony w bojach reprezentacyjnych, wybitny fachowiec od... reprezentacji, będzie potrafił prowadzić na co dzień drużynę walczącą o wszystko? Co tydzien w meczu o zwycięstwo?

No cóż, czas ucieka, kontynent również, więc wypada się zbliżać ku wschodowi. Zawsze to lepiej dołem, więc zahaczając o Włochy nie można nie zobaczyć Mourinho w Interze. Portugalczyk już zaczął wprowadzać swoją wizję. A ona opiera się oczywiście na euro. I to bynajmniej nie chodzi o turniej, od którego mamy się odzwyczajać. Za 35 mln euro ściągnął z Porto Quresme. Z Chelsea podobno przyciągnie Lamparda (dla którego znaleziono już nastepcę w postaci Deco), a kto wie czy ataku marzeń nie stworzą Ibrahimovic z Drogbą. Jedno jest pewne - Mourinho dostanie od Morattiego niewiele mniej niż dostawał od Abramowicza, a w zamian będzie musiał podarować Ligę Mistrzów. Udało mu się to raz i to paradoksalnie w momencie, kiedy na niego nie liczono a i do dyspozycji miał nieporównywalnie mniejsze środki finansowe. Czy mu się uda? Gra idzie o dublet, bo kolejne mistrzostwo Włoch przy stagnacji Romy, Milanu i Juventusu jest bardzo prawdopodobne i - chyba - Morattiemu już nie wystarczy.

W Niemczech liżą rany po przegranym finale. Jednak te rany nie są zbyt wielkie, bo Niemcy mimo buńczucznych wypowiedzi przed turniejem raczej zdają sobie sprawę, że sam awans do finału był bardziej wypadkową szczęścia i słabości rywali niż własnej siły. Metzelder zapowiada, że na MŚ2010 wrócą jeszcze silniejsi. Tylko problem jest taki, że za 2 lata już nie będą grac u siebie (jak w 2006) i wielce prawdopodobne, że nie trafią na wybitnie słaba połówke turniejowej drabinki, gdzie wystarczyło pokonac jeden klasowy zespół, aby dojść do finału (Portugalię). O Bundeslidze wiele nie napisze, bo się nie znam kompletnie. Piszę to bez cienia "wstydu", a jestem nawet bliski przypisania sobie tego w rubryce "zasługi" ;)

No tak. Doszliśmy. Już w Niemczech nie było zbyt ciekawie, ale za Nysą Łużycką, na wschód od Zgorzelca, jest jeszcze gorzej. Chociaż nie, na swój sposób jest dośc ciekawie, tylko że to raczej zaciekawienie z rodzaju "czy może być gorzej?". Jeżeli ktoś byłby w stanie poinformowac mnie jakie drużyny zagrają za kilka tygodni w pierwszej lidze (znaczy Ektralidze - kolejny debilizm...) to byłbym zobowiązany. Nie to, żebym jakoś specjalnie ekscytował się naszą rodzimą ligą, jednak dla własnej satysfakcji chciałbym wiedzieć. Ewentualnie chciałbym sprawdzić, czy ktoś w ogóle się orientuje...

 

22:50, jamtosprawil , Se myśle
Link Dodaj komentarz »

"Chcę być pierwszym Brazylijczykiem, który zdobędzie Mistrzostwo Europy" - powiedział kilka tygodni temu najlepszy defensywny pomocnik ME2008 - Marcos Senna. Brazylijczyk, który od 2 lat ma hiszpańskie obywatelstwo objawił na austriacko-szwajcarskim turnieju wszystko to, o czym wiedzieli od dawna ludzie interesujący sie La Liga. Zabrzmi to wielce nieskromnie, gdy powiem że wszelkie ochy i achy na temat gry Senny przepełnione niesamowitym zdziwieniem płynące z ust "fachowców" wywoływały u mnie uśmiech, ale politowania. Bowiem to co pokazał na Euro, Senna pokazuje regularnie w lidze co najmniej od 2 sezonów. Do Hiszpanii przyjechał 6 lat temu. Jego obywatelstwo nie było w żadnym wypadku "potrzebą narodową", bowiem co jak co ale Hiszpanie na brak piłkarzy nie narzekają. I to na wszystkich pozycjach, również defensywnego pomocnika. Jednak w 2006 roku wykorzystując przepis umożliwiający staranie się o obywatelstwo hiszpańskie ze względu na długość pobytu i pracy w kraju, władze Villarreal postanowiły zwolnić sobie jedno miejsce w składzie dla obywatela spoza UE. I Senna paszport dostał. A wtedy droga do reprezentacji stanęła otworem. Początki nie były najlepsze, bo jego powołanie również spotykało się ze słowami sprzeciwu. Wszak wiadomo, że Hiszpanie (szczególnie w ich opinii) mają wszystko najlepsze, więc po co zapożyczać Brazylijczyka? Teraz chyba nikt nie powie, że wybór Aragonesa był zły. W mojej opinii Senna był najlepszym piłkarzem Euro, a fakt, że nie dostał nagrody od komisji UEFA wynika jedynie z dość mglistego i przesyconego niezwykłą teorią spiskową przeświadczenia, że europejska federacja nie mogła uznać najlepszym zawodnikiem Mistrzostw Europy... Brazylijczyka. 

Ale do rzeczy. W reprezentacji Brazylii Senna nie zagrał nigdy. Ba, w lidze brazylijskiej nie odegrał nigdy znaczącej roli, zaliczając w Corinthians i Juventude ledwie 30 występów. Dzisiaj kadra Canarinhos walczy o awans do mundialu 2010. Zaczęła źle, a jak na oczekiwania kibiców - katastrofalnie. Na pozycji Senny gra Gilberto Silva, który w ostatnim sezonie więcej siedział na ławce Arsenalu niż grał w pierwszym składzie. Poza tym od czasu kiedy Senna gra dla reprezentacji Hiszpanii, na pozycji defensywnego pomocnika przez kadę Brazylii przewinęło się kilku dość dziwnych piłkarzy typu Josue. Dzisiaj jedyny Brazylijczyk będący Mistrzem Europy byłby dla reprezentacji swojego pierwszego kraju bezcenny. Byłby, gdyby ktoś na czas się o niego upomniał. Jeżeli za 2 lata 34-letni wtedy Senna nadal będzie prezentował podobną do obecnej dyspozycję, to trzeba będzie trzymać kciuki za to, aby Hiszpania zmierzyła się na mundialu z Brazylią. I wtedy być może inni poczują się jak my czuliśmy sie wieczorem 8 czerwca 2008 roku...

wtorek, 24 czerwca 2008

Luis Aragones przed czwartokowym meczem ma problem nie tylko ze świetnie grającą Rosją, którą trzeba będzie powstrzymać. Kłopotliwy wydaje się być także... kolor koszulek. I to koszulek reprezentacji Hiszpanii. Zagrają oni bowiem na żółto, a to - jak się wydaje - w opinii Aragonesa przynosi pecha. i chociaż to opinia dośc rozpowszechniona w Hiszpanii (kolor żółty uznwany jest za pechowy) to trener reprezentacji wydaje się być wyjątkowo "wierny" przesądowi. Dzisiejsza Marca pisze o kilku zabawnych sytuacjach z przeszłości, które mogą świadczyć o awersji do barwy słonecznikowej.

W Dortmundzie (na MŚ 2006), w czasie powitnania na lotnisku Aragones nie przyjał bukietu kwiatów, bo przeważał w nim kolor żółty. Z kolei kiedy Raul na jednym ze zgrupowań pojawił się w żółtej koszulce, selekcjoner kazał mu ją natychmiast zdjąć.

W czwartek Hiszpania zagra w żółtych koszulkach. Oby tylko Aragones nie skupił się za bardzo na tym problemie, bo może mu umknąć niejaki pan Arszawin.

W celu likwidacji pecha proponuję założenie czerwonej bielizny na szczęście. Ewentualnie podwiązek.

 
1 , 2 , 3